Odszedł Dan Simmons. Pozostały znakomite powieści: „Hyperion”, „Pieśń bogini Kali”, „Letnia noc”, „Trupia otucha” i wiele znakomitych opowiadań.

Za co się nie wziął, to mu wychodziło.

W zestawieniach najlepszych powieści SF, horrorów i książek fantasy ostatniego półwiecza za każdym razem, niezależnie od gatunku, będzie musiało znaleźć się miejsce dla jego utworów. Wychwalali go Harlan Ellison i Stephen King, uwielbiali czytelnicy. Jego najsłynniejszą powieść („Hyperion”) chciał ekranizować Bradley Cooper, zanim jeszcze przyszło mu do głowy, że może nakręcić remake „Narodzin gwiazdy”. Darren Aronofsky chciał kręcić film na podstawie powieści „Pieśń bogini Kali”. Dan Simmons zadebiutował późno, odszedł od nas zbyt wcześnie. Był twórcą osobnym, wyjątkowym, zakochanym w literaturze klasycznej (angielskiej oraz w dziełach starożytnych).

W nagrodę na wszystkie te osiągnięcia, ostatecznie współczesny świat zaoferował mu infamię. Stygmatyzowany przez ostatnie piętnaście lat życia przestał wypowiadać się publicznie na jakiekolwiek tematy niezwiązane z literaturą, opuścił media społecznościowe i robił to, co potrafi najlepiej: pisał kolejne książki. Co można sądzić o kulturze, która w ideologicznym zacietrzewieniu unieważnia, unicestwia, kamienuje swoich najwybitniejszych przedstawicieli? Odpowiedzi udzielicie sami. Dan Simmons nie był pierwszy i ostatni; cancel culture złamała karierę Orsona Scotta Carda, a pośmiertnie unieważniła choćby Johna W. Campbella – postać kluczową dla powstania współczesnej fantastyki. Jak widzicie polityczna zemsta dosięga także tych, którzy podróżują po światach odległych od naszego.

Choć zawsze marzył o pisaniu, to zdecydował się na to dopiero grubo po trzydziestce. Wcześniej zdążył przeżyć kawał normalnego, zacnego życia: zrobił dwa fakultety, założył rodzinę; przez wiele lat uczył w szkole. W zwyczajnej szkole, nie na żadnym uniwersytecie czy w liceum. Była to niezła lekcja życia. Sam pokpiwał, że dla dzieciaków nauczyciel to ktoś, kto musi znać odpowiedź na każde pytanie. Może i wszystkiego nie wiedział, ale starał się. Widać to wielkie obycie w jego książkach. Owa wszechstronność przypomina nieco metodę Stanisława Lema. Polski pisarz zapytany niegdyś, czy naprawdę zna się na wszystkim, odpowiedział: „Nie, ale wiem, gdzie szukać”.

Pasjonowali go Homer i greccy tragicy, zakochany był w Szekspirze, którego miał za największego z wielkich. Był wybornym znawcą współczesnej literatury od Henry’ego Jamesa po Faulknera i Hemingwaya. Inkrustował swe książki cytatami z poetów: Miltona czy Keatsa. Tego ostatniego nawet wskrzesił w „Hyperion Cantos”.

Warto zatrzymać się przy tym ostatnim dziele. Gigantyczna powieść rozdzielona przez wydawców ze względów praktycznych na krótsze tomy, nie ma sobie równych. „Hyperion” (nagroda Hugo) to opowieść o grupie pielgrzymów próbujących zrozumieć fenomen grożący unicestwieniem całej ludzkości, skonstruowana trochę jak „Opowieść kanterberyjskie” Chaucera, a trochę jak „Dekameron” Bocaccia. Rozmaite historie bardzo odmiennych bohaterów niosą różne przesłania, połączone jednak zostają po mistrzowsku w logiczną całość.

Drugim wybitnym dokonaniem Simmonsa na niwie SF jest dylogia „Ilion”/”Olimp”, w której sztuczne inteligencje obdarzone niemal boską mocą odtwarzają wydarzenia znane z eposów Homera. A kanwą wydarzeń jest właściwie cały Układ Słoneczny.

Już za debiut powieściowy – książkę „Pieśń bogini Kali” otrzymał World Fantasy Award. Ciekawa rzecz, sam protestował przeciwko kwalifikowaniu tego utworu do gatunku fantasy. Rzeczywiście, ta mroczna opowieść rozgrywająca się w Indiach, to po prostu kawał znakomitej psychologicznej prozy, w której pojawia się jednak sugestia, że pewne wydarzenia mogą mieć nadnaturalne przyczyny. Nigdy jednak nie dostajemy na to dowodu, co nie zmienia faktu, że taka właśnie interpretacja kieruje ostatecznie decyzjami bohaterów (i nadaje tym działaniom głęboki tragizm).

W dziedzinie grozy mistrzowską formę osiągnął w powieściach „Trupia otucha” oraz „Letnia noc”. Ta druga przyrównywana bywa do słynnej powieści „To” Stephena Kinga – moim zdaniem jest lepsza. Ta pierwsza natomiast to przerażająca opowieść o naturze zła. Od strony formy – niemal jak ćwiczenie z podgatunku „łowy na ukrywających się nazistów”. Tyle że złoczyńcy u Simmonsa to wampiryczne istoty karmiące się krzywdą, więc na przestrzeni wieków prowokujące przerażające wydarzenia dla własnej korzyści.

Charakterystyczne dla Simmonsa było to, że odmawiał podporządkowywania się regułom rynku. Nie interesowały go prequele, sequele, robótki na zlecenie i tak dalej. Każda powieść to dzieło osobne, i żadna się nie powtarza.

Raz zabiera nas do Londynu czasów Dickensa, byśmy mogli oczami Wilkiego Collinsa oglądać tajemniczego Drooda, którego sekretów autor „Davida Copperfielda” ujawnić nie zdążył. Innym razem ciągnie po amerykańskich preriach, gdzie jeden z Siouksów biorących udział w bitwie pod Little Big Horn nawiedzony zostanie przez ducha generała Custera. Tu pisze trylogię kryminalną, tam o bogach z z mitologii hawajskiej. I tak dalej.

Oczywiście publiczności z XXI stulecia wychowanej już głównie na strawie telewizyjnej, internetowej i i streamingowej Simmons kojarzy się przede wszystkim jako autor powieści „Terror” o polarnej wyprawie Franklina, która zamieniła się w bardzo udany serial AMC.

Co zatem poszło nie tak? Czym zgrzeszył Simmons, że popadł w niełaskę współczesnych salonów? Burzę wywołała powieść „Flashback” z 2011 roku, w której odmalowano ponury obraz Ameryki niedalekiej przyszłości. Za sprawą narkotyku zwanego „flashback” przeżyć można raz jeszcze najszczęśliwsze chwile swojego życia, wkrótce więc Stany zamieniają się więc w krainę upadku, bo kto miałby pracować dla przyszłości, skoro nieustannie może powracać w przeszłość. Powieść była genialną metaforą i ostrą krytyką mody na retro, mody na nostalgię (napędzającej dziś całą kulturę), ale nie tylko. Zawierała też ostrą krytykę rosnącego zamiłowania mieszkańców USA do socjalu, oraz pochwałę gubionej niestety, cnoty wolnej przedsiębiorczości. W świecie „Flashbacku” potęgą na skalę światową jest Japonia, wiele gorzkich słów pada natomiast pod adresem muzułmanów, z rąk których życie tracą miliony niewinnych ofiar.

To wystarczyło, by czujna policja myśli przebrana w szaty strażników politycznej poprawności rozpętała przeciw Simmonsowi kampanię hejtu. Zidentyfikowany jako konserwatysta i prawicowiec, jako nienawistnik kalający dobre imię islamu, nie wiedział nawet za bardzo jak się bronić, bo niespecjalnie rozumiał naturę zarzutów. W fantastyce przyszłość jest metaforą, jak przypominała Ursula K. LeGuin, i cała jej siła, cały urok, polega na tym, że pozwala na swobodne ćwiczenia z wyobraźni. Simmons nie robił niczego innego: konstruował poruszające metafory.

Liberalna lewica, zwłaszcza uniwersytecka, miała z Simmonsem jeszcze jeden kłopot – otóż odrzucał on współczesne mody literackie niszczące, jego zdaniem, kulturę Zachodu i unieważniające jej dorobek. Jego mistrzem był strażnik kanonu Harold Bloom, z którym Simmona łączył sprzeciw nurtów, które „w polityce i ideologiach akademickich uparcie dążą do przekształcenia ich w piekło lub intelektualną pustynię” (cytuję autorski wstęp do jednego z opowiadań Simmonsa).

To wszystko minie, uspokajał jednak pisarz, „ta epoka semiotycznych, dekonstrukcyjnych ataków na opowieść i jej narratora, ta epoka niedojrzałej feministycznej furii, nowohistorycznej pogardy i postmarksistowskiego wandalizmu wymierzonego w każdą doskonałość, która wzbudza ich polityczne niezadowolenie”.

O współczesnej krytyce literackiej pisał, że jej „pełną uraz, niszczącą machiną” kierują „martwe ręce paru francuskich karłów zwących się Michel Foucault i Jacques Derrida”. I dziwił się, jak to możliwe, że „Francja – naród, który najprawdopodobniej nie dał nam żadnych wielkich pisarzy ani wielkiej literatury w całym XX wieku – mimo to kontroluje dyskusję o literaturze na początku XXI wieku, stosując prostą sofistykę, negując centralną rolę pisarzy, realność postaci lub transcendentną moc języka i samej literatury”. Słowa te napisał w roku 2002, w tomie opowiadań „Worlds Enough & Time”.

Nie był więc Dan Simmons ani typowym fantastą nowych czasów, ani pupilem akademickich magazynów. Był natomiast znakomitym pisarzem kochanym przez czytelników na całym świecie. „Hyperion” przełożony został na ponad dwadzieścia języków, internetowe hołdy dla zmarłego 21 lutego 2026 r. pisarza błyskawicznie zamieniały się w licytację na to, kto wymieni więcej tytułów ulubionych opowiadań i powieści. Warto do niego wracać, warto go czytać. Zwłaszcza że w Polsce ukazały się niemal wszystkie jego książki. Dlaczego „niemal”? No cóż, powieści „Flashback” na polski nie przełożono. Czy ktoś jest zdziwiony? (-)

Piotr Gociek

Subskrybuj

Bądź na bieżąco

Czytaj. Słuchaj. Oglądaj.