Ćwir, ćwir.

Jak wiadomo wszystkie dobre tytuły są już zajęte. Przekonał się o tym kiedyś Snoopy próbują na dachu swojej psiej budy napisać powieść. Była burzliwa, ciemna noc. Medytujący nad klawiaturą maszyny do pisania psiak, bez którego trudno wyobrazić sobie sukces „Fistaszków” Charlesa M. Schultza, rozważał rozmaite tytuły. „Opowieść o dwóch miastach”, „Jądro ciemności”, „Władca pierścieni”. Wreszcie westchnął głęboko i oznajmił: – Mam znakomity pomysł na powieść, ale wszystkie dobre tytuły są już zajęte!

Zatem dwa słowa o tytule książki, która za kilka tygodni trafi w Wasze ręce: „Wróbel Galaktyki”.

Oczywiście jest on nawiązaniem do tytułu słynnego opowiadania Konrada Fiałkowskiego „Wróble Galaktyki”. Było to jedno z pierwszych opowiadań SF jakie przeczytałem w życiu. Stało się tak z sprawą antologii „Kroki w nieznane” zestawionej przez Lecha Jęczmyka; w jej pierwszym tomie były wśród wielu innych świetnych tekstów właśnie i owoc pracy Fiałkowskiego: „Wróble Galaktyki”. A ów pierwszy tom „Kroków w nieznane” (niezapomniana żółta okładka) by jedną z pierwszych przeczytanych przeze mnie książek fantastyczno-naukowych.

Od tej pory szukałem więc książek Fiałkowskiego. Nie było to trudne. W latach 70. XX wieku w lokalnej dzielnicowej bibliotece na półkach z literaturą fantastyczną przeważały książki napisane przez Lema, Fiałkowskiego albo Peteckiego. Lema jeszcze nie rozumiałem, Petecki mnie nudził, a Fiałkowski zauroczył. Dwutomowy zbiór „Kosmodrom” (w pierwszej edycji, czyli tej z lat 1975-76) przez długie lata należał do moich ulubionych lektur. Jedyne, co mnie irytowało to fakt, że kiedy wpadały w moje ręce z opóźnieniem inne książki Fiałkowskiego („Włókno Claperiusa”, „Poprzez piąty wymiar”, „Wróble Galaktyki” albo autorskie tomik z serii „Stało się jutro”), nie znajdowałem tam nowych opowiadań, tylko te, które już znałem z „Kosmodromu”.

Nadal uważam opowiadanie „Wróble Galaktyki” za jeden z najważniejszych tekstów polskiej fantastyki. Jego przesłanie jest dwojakie. Optymistyczne, bo zakłada, że dotrą kiedyś w nasze okolice przedstawiciele innej cywilizacji. Pesymistyczne, bo nawet jeśli ich spotkamy, prawi Fiałkowski, to skąd pewność, że się nami zainteresują? A może jesteśmy dla nich jako te wróble Galaktyki: wszędzie ich pełno, niewiele znaczą, ot, nieznaczący szczegół tła. Nikt nie rozmawia z wróblami. Jak się zastanowić, to oczywiście nawet pesymistyczna część przesłania jest optymistyczna – zakłada bowiem istnienie wielu innych takich planet i cywilizacji jak nasza. A to byłoby coś! Niemniej nastrój, w jakim czytelnik żegna się z bohaterami opowiadania Fiałkowskiego jest raczej melancholijno-ponury.

Warto zwrócić uwagę, że koncepcja, na której oparł Fiałkowski swój wywód wyprzedza o dobrą dekadę bardzo podobny pomysł, z którego bracia Arkadij i Borys Strugaccy wywiedli jedną ze swych najsłynniejszych książek, czyli „Piknik na skraju drogi”. Tam przecież także kosmiczni wędrowcy nie zamierzają zatrzymywać się na Ziemi ani dyskutować z wróblami, mrówkami, barbarzyńcami, czy za kogo tam nas uważają. Nasza planeta jest dla nich jedynie przydrożnym śmietniskiem, a toksyczne i zadziwiające prymitywnych tubylców swymi właściwościami odpadki stają się cennymi trofeami dla stalkerów wędrujących przez Strefy. Opowiadanie Fiałkowskiego ukazało się po raz pierwszy w 1961 roku (na łamach „Młodego Technika”), potem w „Astronautyce” (1962) i w zbiorze autorskim pod tym samym tytułem (1963). Powieść Strugackich wyszła w Sowietach w roku 1971, a polski przekład pojawił się w roku 1974. Ciekaw jestem, czy autorzy „Pikniku” znali „Wróble Galaktyki”. Niewykluczone, że tak. Niestety, już ich o to nie dopytamy.

Co jednak mają „Wróble Galaktyki” do „Wróbla Galaktyki”?

Po pierwsze, rzecz oczywista, ten tytuł to hołd dla ulubionego pisarza fantasty z czasów mego dzieciństwa – pisarza mocno dziś zapomnianego.

Po drugie, jest to trzeźwe spojrzenie na miejsce w którym sam się znajduję – jestem jednym z wielu milionów czytelników którzy znaleźli kiedyś, nadal znajdują lub będą znajdować dla siebie coś ważnego akurat w literaturze fantastyczno-naukowej. Zaglądam i w inne strony, czytam książki z rozmaitych gatunków, ostatnimi czasy najczęściej non-fiction; piszę rozmaite rzeczy, od wierszy po eseje, a jednak nadal język fantastyki pozostaje moim ulubionym. Pierwszą miłością, można powiedzieć.

Po trzecie – i tu dochodzimy do kwestii najważniejszej – wróbel Galaktyki stoi bezradny wobec bogactwa uniwersum, którego nie jest w stanie ogarnąć. A Galaktyka Gutenberga, po której podróżuję jak wielu mi podobnych (och, jakże zazdroszczę Markowi Oramusowi, że pierwszy wpadł na ten tytuł) zdaje się bezkresna. Życia nie starczy, żeby przeczytać wszystko to, co warto przeczytać, nie mówiąc już o napisaniu czegoś z sensem. To, co znalazło się w tej książce, to takie okruszki, które znalazłem na swojej drodze. Efekt dziobania tyleż przypadkowego, co zapamiętałego.

Po namyśle, spoglądając na już gotową książkę, widzę coś jeszcze: że jak przystało na prawdziwego wróbla, dziobałem często na poboczu drogi. Czasem działo się tak przez przypadek, goniły terminy i trzeba było do gazety dostarczyć pilnie recenzję, pisałem wtedy o tej książce, którą akurat skończyłem czytać. Robiąc selekcję tekstów do tej książki (i do innych, planowanych) usuwałem te, które były niewiele warta bieżączką.

Co do dziobania często na poboczu: z pewnością swoje odegrała moja odwieczna awersja do zajmowania się tym, czym w danej chwili zajmują się akurat wszyscy inni. Nic nie czyni mnie tak podejrzliwym, jak atak nagłego powszechnego zachwytu: niczym kot wycofuję się wtedy z nieufnością na z góry upatrzone pozycje i czekam aż reklamowa wrzawa opadnie, żeby na spokojnie sprawdzić, o co właściwie był ten cały hałas. Bardzo często odkrywam wówczas, że niczego nie straciłem.

Ale jest i ważniejszy powód: część zamieszczonych tu tekstów powstawała dla gazet i tygodników spoza branży fantastycznej. Redaktorów „Wprost”, „Ozonu”, „Rzeczpospolitej”, „Latarnika”, „Uważam Rze”, „Do Rzeczy”, „Focusa”, „Focusa Historia” i tak dalej, niezbyt interesowały tajniki list nominacji do Zajdla albo kto tam dostał w tym roku Hugo i Nebulę. Udawało mi się zaciekawić redaktorów jakimś tematem fantastycznym (czyli przebić z tekstem do publikacji) głównie wtedy, kiedy mogłem wskazać jakiś jego związek z tym co aktualne.

Ten przechył (jeśli było go widać) wyrównuję jednak archiwalnymi wywiadami, które są, jak myślę, typowo fanowskie i pełne dość insajderskiej wiedzy. Jak wtedy, gdy dopytuję o spory między ważnymi figurami Science Fiction Writers Of America albo o zasady przyznawania nagrody Nebula.

Książkę zamyka rozmowa z Georgem R.R. Martinem, w której zmieściła się tylko cześć naszej długiej konwersacji. Resztę, podobnie jak wiele artykułów na temat „Gry o tron” oraz wywiadów z aktorami (spotkałem kilku z nich) składam w osobną książkę poświęconą wzlotom i upadom „Sagi Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina. Podobnie z „Gwiezdnymi wojnami” i sagą o wiedźminie Geralcie. Warto o tych fenomenach opowiadać osobno. Zwiastunem innej, osobnej opowieści, jest też tekst „Klucze do Zajdla” – pracuję od dłuższego czasu nad tak właśnie zatytułowaną książkę o twórczości Janusza A. Zajdla.

W ciągu kilku dekad pisania i opowiadania o fantastyce napisałem około czterech milionów znaków recenzji, artykułów, wstępów i esejów. Tyle przynajmniej widać w komputerze, a nie wliczam przeprowadzonych dla radia czy telewizji wywiadów. Jest z czego wykrawać rozmaite opowieści – i tym będę się w najbliższych zajmował (oprócz, oczywiście, pisania zupełnie nowych rzeczy).

A na razie życzę Wam dobrej lektury pierwszej części mojej sentymentalnej antologii osobistej.

Piotr Gociek

Subskrybuj

Bądź na bieżąco

Czytaj. Słuchaj. Oglądaj.